niedziela, 7 maja 2017

In the ocean of your hair, I glimpse a port swarming with melancholy songs


Yayz, pierwszy post z dredlokami. Które swoją drogą zdążyły już nieco okrzepnąć, jeden nawet trochę się poluzować (ale nie na tyle bym miała walczyć z rozplataniem i zaplataniem, nah, leniwa jestem), oraz dokonały jednej próby uduszenia mnie we śnie.

Tutaj powinno się znaleźć moje standardowe narzekanie, że studia ciężkie, hurr durr, portfolio takie nieogarnięte (bo prowadzący pięć razy zmieniali format) i jedyne czego pragnę to sen. Ale to nudne i powtarzalne i nikt nie chce tego czytać. Więc krótko - teoretycznie skończyłam rok. Teoretycznie, bo oceny dostanę w połowie czerwca. A do tego czasu zostaje siedzieć i martwić się. Ewentualnie leżeć na słońcu i martwić się. Szkocję nawiedziło wczesne i nadspodziewanie długie lato (czyli jest powyżej 15 stopni i nie pada), więc korzystam wylegując się w przynależącym do kamienicy ogrodzie, studiując teorię feminizmu drugiej fali. Miewam czasami takie nagłe napady głodu wiedzy w przypadkowej dziedzinie, którą się interesuję - wcześniej to był bodajże francuski egzystencjalizm, ponieważ nagle zirytował mnie fakt, że czytałam tylko prace krytyczne traktujące o temacie, a nie same teksty źródłowe. Tym razem to było uczucie, że jednak nazywając siebie feministką dobrze byłoby też wiedzieć coś więcej poza ogólnie znaną historią ruchu oraz mniejszym lub większym zorientowaniem w tej kipieli, jaką jest feminizm trzeciej fali (lepiej by było używać słowa feminizmy bo to już od dawna nie jest jednorodny ruch, no ale, dygresje). Także teraz z radością pożeram kolejne zdania The Second Sex Simone de Beauvoir (tytuły po angielsku, bo w takim tłumaczeniu czytam, gdyby ktoś miał się czepiać), a w kolejce, o ile nie braknie mi zapału, czeka Bell Hooks. Nie mam żadnego klucza do wybierania moich lektur, jak większość rzeczy w moim życiu to i proces decyzyjny odnośnie tego co czytać to jeden wielki chaos. A to o czymś słyszałam, a to coś zwróciło moją uwagę, a to wydaje mi się, że o czymś słyszałam, a to coś ma dobrze zaprojektowaną okładkę (w ten sposób zakupiłam i przeczytałam Immortality Kundery i od tego czasu moja relacja z tym pisarzem balansuje pomiędzy rozbawieniem a nienawiścią)... Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest wielce profesjonalne podejście do jakiegokolwiek tematu, ale... Ja to czytam dla siebie, od czasu do czasu i w sumie to dla samej frajdy posiadania pewnej wiedzy. Gdybym miała pisać jakąś pracę naukową na temat, to inna sprawa. Lubię robić szczegółowy, dobrze wyważony research. >D

Czuję się w obowiązku napisać coś o moim ubiorze, bo jakoś tak nagle przestałam. Może dlatego, że zwykle niewiele jest do powiedzenia, jaki jest ciuch, każdy widzi (lub nie, bo mój laptop na temat jasności ma inne zdanie niż cały świat). Więc po kolei - wreszcie udało mi się znaleźć spodnie wystarczająco długie i szerokie na tyle, że jak się nie ruszam to imitują spódnicę. No i będą idealne nie tylko na co dzień, ale i do tribala; może szykują się jakieś wakacyjne występy... Chociaż ze mnie taki ziemniak że może lepiej nie.
Kamizelka to kolejna rzecz która warta jest uwagi, chociaż w sumie przewijała się już gdzieś wcześniej. Nie jestem pewna, czy to wpływ ogólnodostępnej mody, kolekcji Alexandra McQueena i kolekcji Wiosna/Lato 2017 (Szetlandy <3 Celtowie <3 Hafty <3 ) czy po prostu mojego zamiłowania do barokowych martwych natur, ale wielbię motywy kwiatowe w ciężkich, nasyconych kolorach na ciemnym tle.

Yayz, first post featuring dreadlocks! Which, by the way, already settled in, loosen up a bit and even made an attempt to suffocate me in my sleep. Ah, the joys of having long(ish) hair!

Here you could insert my usual complains about studying architecture, how hard and demanding it is, how my portfolio is not even ready (not like our stage leaders changed the format they wanted it in five times or so, no, absolutely) and I just want to sleep. But that's boring, repetative and no one wants to read that, so long story short - I've almost finished the second year of architecture. Almost, because now I have to wait until the middle of June for the grades. And the only thing that left is to sit down and worry. Or lie down in the sun and worry. We have an early and suprisingly long summer here in Scotland right now, so I'm taking advantage of that and spending all my days in my neighbourhood's communal garden, reading about the theory of the second-wave feminism. Sometimes, I have a sudden urge to expand my knowledge about something. Like, very sudden. Last time, it was the French existentialism, because for some reasons it irked me that I haven't read any original texts of this movements, only the critical overviews and so on. This time it was a feeling that, while I call myself a feminist, I should have a little bit more knowledge about the movement's history and transformation than there is available in mainstream sources, and not only be more-less orientated in the current issues of the third wave feminism (which actually should be talked about in plural form... it is no longer a homogenous movement at all, but I digress). So now I'm cheerfully devouring pages of Simone de Beauvoir's The Second Sex, and if I won't loose my enthusiasm and dedication, Bell Hooks awaits me next. I don't have any special key for curating my reading list. As many things in my life, the decision process of choosing a book is completely chaotic. Either I've heard good/interesting things about something, either something caught my attention just because, or I feel like I've heard about something, or the book cover design is designed in the right way (that got me into reading Kundera's Immortality and from now on I have a love-hate relationship with his writings)... I know that this way of researching something isn't very professional, but hey, I'm doing it for myself and myself only. If I was about to write an essay, that's completely different matter. I like to conduct a detailed, well-rounded research. >D

I feel a bit.. obligated to write something about the outfit below, especially because I have stopped doing so some time ago, not sure why. Probably I didn't have anything interesting to say and wanted to let the clothes speak for themselves. Anyway, I've finally managed to find trousers which are not only long enough for me, but also baggy enough to imitate a skirt when I'm standing still. And they are versatile as well, good for everyday wear, good for tribal preformances... Maybe I'll have a chance to preform this summer! Or maybe better not, as I am an ungraceful potato of a dancer.
And there's the waistcoat, I may say, my favourite one (not only because it appeared on the blog before, wow!). I really like the concept of a floral motive in rich, deep colours on a dark background and I'm not sure if I should blame the mainstream frashion, Alexander McQueen's collection for S/S 2017 ( The Shetland Islands <3 The Celts <3 Embroidery <3) or Baroque still life paintings.
Probably the latter.

Necklace - Thrift shop || Rings - Six || Waistcoat - Thrift shop || Turtleneck - ??? || Trousers, belt - Ebay || Shoes - Vagabond

3 komentarze:

  1. Tak, zdecydowanie za ciemno, ale i to, co widzę, mi się bardzo podoba <333 Bogowie, jakie to genialne <333 Poszukuję bezskutecznie takiej kamizelki od jakiegoś czasu, a to połączenie jej z alladynkami i złotym paskiem jest genialne, kurde, to twój najlepszy outfit do tej pory <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję <3 Aż głupio się przyznawać że to ubiór sklecony bardzo na odczep się, bo wszystkie moje fajne bluzki były w praniu.
      Zdjęcia poprawione. Chyba. Wygląda na to, że muszę je rozjaśniać aż tak, że to boli, żeby wyglądały dobrze. I przepraszam, że tak późno odpisuję, ale dopiero pozbierałam się po wymianie okien i malowaniu mieszkania.

      Usuń
  2. Those pants are gorgeous! And look so great with your waistcoat!

    OdpowiedzUsuń